Kanion ludzi błękitnej wody

Kanion ludzi błękitnej wody

15.05.2012

Być może da się trasę do Supai pokonać w cztery do pięciu godzin. Ale chyba tylko wtedy, kiedy nie ma się aparatu, i na dodatek nie widzi się otoczenia. Nam dotarcie do miejsca gdzie nasz boczny kanion połączył się wreszcie z doliną Indian Havasupai zajęło ich chyba siedem. W miejscu tym rósł zagajnik drzew, które miejscowi określają mianem wierzb. I liście faktycznie mają podobne do naszych – ale nie kwiaty. Każdy chyba wie, jak powinna kwitnąć wierzba. Jej bazie są znakiem nadejścia wiosny. Wierzby ludzi błękitnej wody, jak przystało na kawałek utraconego raju, skrytego pomiędzy kilometrowej wysokości ścianami kanionu, kwitły na podobieństwo różowych storczyków. Zza nich dobiegł szmer wody. Byliśmy blisko celu.

Poniżej fragment relacji, więcej zdjęć i całość tekstu znajduje się na eclipses.eu:

Gdy dotarliśmy z Maćkiem (Kasia dawno przestała czekać na dwóch zwariowanych fotografów) do brzegu strumienia nie mogłem się powstrzymać i zanurzyłem całą głowę w chłodnej wodzie. A potem piłem długo, jak przystało na kogoś po długiej wędrówce rozgrzanym w Słońcu kanionie.

Do wioski Supai mieliśmy jeszcze około 45 minut marszu, lecz teraz towarzyszył nam szmer wody i okrywał cień drzew.  Dolina rozszerzyła się, a ściany kanionu zdawały się wyciosane z prostopadłościennych bloków, jakby zbudowanych przez gigantów. Wrażenie niesamowitości uzupełniały widoczne w wielu miejscach formy skalne przypominające orły, strzegące spokoju doliny.

W końcu drzewa odsłoniły Supai – najbardziej odciętą od „cywilizacji” miejscowość w USA. Supai okazało się jedną wielką stadniną koników, pociętą płotami rozdzielającymi wybiegi. Tu i ówdzie stał niewielki dom. To zaś, co robiło największe – poza otaczającymi ścianami kanionów oczywiście – były niezwykle stare drzewa, o masywnych, poskręcanych pniach. Łatwo do reszty magicznej wizji tego miejsca można było wkomponować je, jako najstarsze żyjące tu istoty, pamiętające czas, gdy dolina ta była jeszcze fragmentem raju.

Na prawo od głównej drogi w jednym z zabudowań odnaleźliśmy Supai Grill i odpoczywającą obok Kasię. Przy sąsiednim stole  rozsiadła się grupka Indian. Widać było po nich, że cywilizacja im służy (lub nie, to zależy od punktu widzenia). Każdy bowiem mógłby swymi rozmiarami obdzielić ze trzech, a może nawet czterech takich jak ja. Wsłuchałem się w rozmowę bowiem nie był to angielski. Ale gdy zamawiali coś w barze, albo wołali do przechodzących znajomych używali angielskiego. Zamówiliśmy coś do jedzenia, zimne picie. Gdy zjedliśmy ruszyliśmy dalej, najpierw do Tourist Office, gdzie pobrano haracz za wstęp, a potem, z nadzieją że to już tylko dwa kilometry – w kierunku campingu. Jednak znów w rachunkach dotyczących czasu przejścia nie uwzględniliśmy, że między nami a owym campingiem są trzy wodospady.

Źródła:

Written by admin

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *