Z Havasupai do krateru meteorytowego

Z Havasupai do krateru meteorytowego

16.05.2012

Docieramy do serpentyn wspinających się na ostatnią ścianę. Nie myśleć, że pode mną jest koń, który może podjąć decyzję, że znudziło mu się targanie na grzbiecie jakichś zwłok. W końcu to tylko nieco mniej niż dwa metry więcej. A w dół, lotem ptaka, 100 metrów… potem 200… 300. Nie wiem ile ma ta ściana, ale pewnie z pół kilometra. Zdążyłbym swoje życie obejrzeć kilka razy, zanim przywitałyby mnie kamienie u stóp ściany kanionu. Do tego co chwila musimy zatrzymywać się i robić miejsce dla zjeżdżających w dół karawan koników. Miejsce !? Na mierzącej półtora metra ścieżce nad krawędzią kanionu !?

Poniżej fragment relacji, więcej zdjęć i całość tekstu znajduje się na eclipses.eu:

Rano budzi nas indiański ranger przypominając, że konie już czekają. Zbieramy śpiwory, pianki i namioty. Pakujemy i wędrujemy na wschodni koniec kampingu gdzie czekają na nas Indianie Havasupai i ich słynne konie. Bagaże wędrują do jednego z Indian, który zarządza transportem „towaru”, my do Indianki odpowiedzialnej za „zwłoki” (po wczorajszym dniu tak mniej więcej się czuję). Maciek, jako doświadczony jeździec, będzie prowadził. Kasia – bez doświadczenia – ląduje na sznurku, na którym poprowadzi ją nasza przewodniczka. Ja – ze średnim doświadczeniem jeździeckim – ląduję w środku konwoju. Bez sznurka -czyli z odrobiną władzy. W końcu wyruszamy – na razie do „Tourist Office” żeby zapłacić za tę przyjemność. Po drodze mijamy – i żegnamy – kolejne wodospady tego rajskiego zakątka.

W „Tourist Office” płacimy za przyjemność wywiezienia naszych zwłok na górę. Gdy pytam ile kosztuje lot helikopterem najpierw unikają odpowiedzi, a dopiero gdy transakcja końska zostaje zakończona przyznają się – jest tańszy od jazdy konno. No cóż, trzeba to sobie na przyszłość zapamiętać. Ale jazda konno w tym miejscu to chyba jednak większy „szpan” niż przelot helikopterem. Choć pewnie widoki też byłyby niezłe.

Na końcu wioski nasze wierzchowce próbują się buntować – dobrze je rozumiem. Też wolałbym zostać w tym niezwykłym miejscu a nie drapać się kilometr w górę z jakimś gościem na plecach. U końca doliny Havasupai przechodzimy przez strumień pozwalając koniom napić się wody. Nad nami ściany kanionu wieńczą ogromne skały przypominające orły strzegące tego miejsca. Mijamy zagajnik „wierzb” kwitnących jak storczyki i skręcamy w prawo, w kanion wiodący ku krawędzi Hualapai Hilltop.

Po drodze co jakiś czas mijają nas pędzące konwoje koników wiozących, lub jadących po, zaopatrzenie. W tumanach pyłu odtwarzają obrazki z westernów.

Sam kanion ponownie zaskakuje kolejnymi odsłonami, kolejnymi ujęciami. Niby już to wczoraj widzieliśmy, ale co z tego. Jest niezwykle. Przepytuję naszą przewodniczkę (choć zapytałem o jej imię, nie miałem jak zapisać, a pamięć jest zawodna – chyba na imię miała Charmelle) o powodzie (przychodzą w czasie monsunu – w sierpniu i wrześniu), o festiwal brzoskwiń (który odbywa się w drugi weekend sierpnia, i jest spotkaniem różnych szczepów), o kościoły w Supai (widzieliśmy dwa, dowiaduję się, że większość ludzi Supai to chrześcijanie, wplatający w religię swoją tradycję), o pracę (większość wydaje się żyć z turystów, ale część wypasa bydło na płaskowyżu powyżej kanionu), o relacje z National Park Service (od kilku lat współzarządzają większością terenów parku Grand Canyon, Charmelle szczerzy zęby w uśmiechu odpowiadając, że co dwa lata zmieniają dyrekcję parku, i wtedy jest gorzej, bo nowy zarząd trzeba wychować). Dowiaduję się też, że droga do South Rim jest – chyba – przejezdna dla samochodów z napędem na cztery koła, a więc i dla naszego Explorera, ale jednak, ze względu na plany i czas pojedziemy zgodnie z planem – Hualapai Highway do Route 66.

Wreszcie docieramy do serpentyn wspinających się na ostatnią ścianę. Nie myśleć, że pode mną jest koń, który może podjąć decyzję, że znudziło mu się targanie na grzbiecie jakichś zwłok. W końcu to tylko nieco mniej niż dwa metry więcej. A w dół, lotem ptaka, 100 metrów… potem 200… 300. Nie wiem ile ma ta ściana, ale pewnie z pół kilometra. Zdążyłbym swoje życie obejrzeć kilka razy, zanim przywitałyby mnie kamienie u stóp ściany kanionu. Do tego co chwila musimy zatrzymywać się i robić miejsce dla zjeżdżających w dół karawan koników. Miejsce !? Na mierzącej półtora metra ścieżce nad krawędzią kanionu !? Na szczęście nasze konie to poczciwe i inteligentne stwory, z którymi zdążyliśmy się już zaprzyjaźnić więc – zapewne po raz tysięczny – obywa się bez wypadku. Na ostatniej prostej czuję, jak koń pode mną zmienia krok. Jak się cieszy na myśl o końcu targania mnie w górę i w górę. Nie przyspiesza, ale w jego chodzie można poczuć radość. Taniec.

Źródła:

Written by admin

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *