Zapora Hoovera i Route 66

Zapora Hoovera i Route 66

14.05.2012

Za Kingsman skręcamy w słynną Route 66, Drogę Matkę, która w latach 20. połączyła Chicago z Los Angeles stając się jedną z najważniejszych dróg migracji ludności na zachód. Choć w latach 80. została usunięta ze spisu dróg krajowych  USA zdążyła wcześniej tak głęboko wtopić się w kulturę tego kraju, że jej fragmenty uznane zostały za historyczne zabytki i są chronione w stanach Illinois, Missouri, Arizonie i w Nowym Meksyku.

Poniżej fragment relacji, więcej zdjęć i całość tekstu znajduje się na eclipses.eu:

Zanim ruszymy w dalszą drogę musimy jeszcze zrobić nieduże zakupy w Las Vegas, a skoro już jedziemy przez to dziwne miasto, to przejedźmy się wzdłuż „the Strip” jak najdalej na północ, aż do miejsca gdzie zaczyna być widać kryzys – wyburzone kasyna, które miały zastąpić nowsze straszą pustymi placami albo niedokończonymi budowami. Zawracamy i kierujemy się w stronę walmartu. Po drodze tankowanie. Potem zakupy – jabłka, banany, ice-box, woda, pieczona fasolka w puszkach – w Supai może być drogo, albo wcale.

W końcu kierujemy się z powrotem wzdłuż Tropicana Ave i dalej ku zaporze Hoovera. Trzeba tylko pamiętać, żeby w odpowiednim miejscu zjechać na Hoover Dam Access Road – inaczej przemknęlibyśmy mostem ponad tamą zupełnie jej nie widziawszy. Zanim dojedziemy do tamy kontrola bezpieczeństwa – to efekt zaostrzonego w USA rygoru antyterrorystycznego. Ale kontrola wcale nie jest rygorystyczna. Może wzbudzamy zaufanie. Tak czy owak strażnik tylko zerka na nas i macha ręką. Zahaczamy o płatny parking po stronie Nevady, ale jakoś ceny nie robią na nas dobrego wrażenia – więc jedziemy dalej, koroną tamy, na stronę Arizony. A podobno miała być zamknięta. Nie jest, więc po drugiej stronie znajdujemy parking z ostatnim wolnym miejscem. Darmowy. Łapiemy aparaty i wracamy ku zaporze. Tafla jeziora jest znacznie niżej niż w mojej pamięci. Wieże poboru wody do generatorów wznoszą się wysoko ponad nią. Daleko jej do poziomu przelewów awaryjnych. Trudno ocenić skalę gdy stoi się przed tak gigantycznymi konstrukcjami ale pewnie jest jej kilkanaście metrów mniej. Przechodząc niżej zauważam znak informujący jakich maksymalnie wymiarów może być bagaż wnoszony do wnętrza zapory. Ja się mieszczę – ale plecaki Kasi i Maćka z pewnością nie. Wracają do auta a ja powoli, fotografując, wędruję w kierunku samej zapory.

Gdy zaglądam do szmaragdowej zatoczki obok przelewu awaryjnego zauważam ławicę konkretnych rozmiarów „obiadów”. Sprytne ryby wiedzą, że ten obszar jest „off-limits”, zakazany dla wędkarzy i motorówek. Za blisko tamy. Kilkaset metrów dalej linia boi wyznacza bezpieczny obszar. Gdy usiłuję sfotografować rybim okiem zewnętrzną ścianę zapory doganiają mnie Kasia i Maciek. Idziemy dalej fotografując co się da, do pomników po drugiej stronie tamy oraz centrum dla odwiedzających. Kupujemy bilety wstępu i po chwili siedzimy w maleńkim kinie. Filmu, który oglądamy, jego kadrów i ujęć nie powstydziłby się żaden propagandowy komsomolec – duma i chwała narodu, okupiona znojem i krwią ludu… tama Hoovera.

Przechodzimy do windy, która zabiera nas kilkaset metrów w dół, do jednego z tuneli, którymi kiedyś przekierowano Colorado na czas budowy tamy. Stoimy na podeście nad ogromną rurą, którą teraz ta sama Colorado zasila 30 metrowej wysokości generatory. Pomieszczenie wibruje  pod wpływem prącej rzeki. Wracamy bocznym tunelem do windy, i jedziemy chwilę w górę, na pięto galerii widokowej nad halą generatorów. Widać jedynie ich kilkunastometrowej wysokości szczyty, wirujące trzpienie w ogromnych jarzmach. Hala ma ze dwieście metrów długości. Podobno od jeziora Meade dzieli nad ściana betonu o jeszcze większej grubości. Pamiątkowe zdjęcia i czas wracać na górę. Tu w muzeum rozdzielamy się, by na chwilę spotkać na platformie widokowej.

Źródła:

Written by admin

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *